Kocham Ducha Świętego!!

Od ponad 30 lat jestem związany z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym. Tu wzrastałem w wierze, tu dojrzewałem, tu uczyłem się działania Ducha Świętego – Osoby Boskiej wciąż mało znanej i kochanej. Wcześniej czerpałem, teraz oddaję, spłacam dług.

Było to dawno, oj dawno, ponad 49 lat temu. Moi kochani rodzice, bogaci już w dwie super córki, pomyśleli, że brakuje chłopaka. No wiecie... siła, męstwo, opieka, troska, obrona... no i nazwisko zachowane, ród nie zginie. No i stało się. 


Bóg dał w miłości takiego cherlaka, słabeusza, podniszczonego, jeszcze na dodatek bardzo srogą zimą. Oj, biegli mnie szybko ochrzcić w środku tygodnia, łapiąc szybko upatrzoną chrzestną i zamienionego w ostatniej chwili, przez tę zdrowotną zawieruchę, ojca chrzestnego (byli w tym duecie super :). 
Tak rozpocząłem swój ziemski los.
Było super, bo mało pamiętam, jak to zwykle bywa.

A to co pamiętam też było super, bo super mieć kochających Rodziców i dwie starsze siostry (jedna o 3 druga o 6 lat). Rodzice oczywiście zapracowani. Tata często w delegacjach w Polsce, a Mama zawsze przy nas. O ich chorobach, walkach o byt, zmaganiach o pracę, dojazdach do niej, itp. dowiedziałem się dopiero potem. Słuchałem zawsze jak z bajki.

Koszmarem było dla mnie przedszkole. Na szczęście krótko, bo niecałe 3 miesiące. Najbardziej nie cierpiałem leżakowania i tych dziwnych potraw. Oj, już wtedy moje wady dawały znać, ale kto tam mówił o pracy nad sobą. Wystarczał wzrok Mamy.

Podstawówki nie pamiętam za bardzo, poza jakąś tam miłością dziecięcą (gdzie ja miałem oczy - puściłem taką super dziewczynę ;), niezawinionego lania od Pani, matematyki i historii, no i ogromnych kasztanów, które blisko rosły. Nauka może i ważna ale ważniejsze zabawy, radość, wolność, zaufanie. No i kochany dziadek, który swoim scyzorykiem wycinał nam przeróżne cudowności. Od Niego miałem pierwszy flet.

Nie pamiętam jak to się stało, że trzeba było szybko wybierać szkołę średnią (stanowczo za szybko płynął wtedy czas). Chciałem wtedy budować Polskę (taki był duch czasu i sądzę, że to było we mnie choć naiwne to szczere, choć nie do końca płynące z patriotyzmu). Ufam, że ten młodzieńczy zamysł, w gruncie rzeczy realizuję.

U, la la, zapomniałem o czymś bardzo ważnym, może nawet decydującym. Gdy byłem w 5 klasie podstawówki, był w Parafii kapitalny dla mnie ksiądz wikariusz - Wojtek. On kiedyś, tak chyba przez przypadek, do mnie, kiepskiego ministranta, powiedział (może widział coś więcej niż ja sam): "Może i Ty będziesz kiedyś księdzem?". Nic więcej nigdy nie powiedział i nie wracał. To we mnie zostało, oczywiście z różną intensywnością.

A więc szkoła średnia, to dojrzewanie, przyjaźnie, uczenie się obowiązków, sport (łucznictwo i jazda szybka na lodzie), codzienne dojazdy do szkoły do Warszawy z Wesołej, no i oczywiście pierwsza miłość (oj, jaki byłem śmieszny i jakie to musiało być zabawne). Dorota, śniła mi się po nocach, marzyłem, tęskniłem, nawet przez nią (czy o nią) oberwałem w potyczce szczenięcej, przynosząc do domu porządnego siniaka. Potem, na szczęście nastąpił renesans wiary w mojej duszy. Spotkanie Jezusa na Rekolekcjach Ewangelizacyjnych w Wielkim Poście w Parafii a potem na Oazie. A to wszystko w nurcie trwających już od 5 klasy podstawówki Pieszych Pielgrzymek do Częstochowy z Warszawy. Z tego wieku pamiętam jakąś dziwną radość torpedowania przymusowych tzw. prac społecznych w niedziele i pochody 1 Majowe. To było czasami formą bohaterstwa, bo stawało się za to u Dyrektora na dywaniku. I tak przyszła matura. A potem wybór.

To było, może nie piekło, ale trudna walka, co wybrać, jaką przyszłość. Rodzinę czy kapłaństwo. Wadziłem się z Panem Bogiem ale przyszła wolność i pewność. I postawiłem pierwszy krok za drzwi seminaryjne... Oj, jak było ciężko, inaczej, koszarowo... Ale zarazem bliżej spełnienia, z radością, mimo mozołu przedzierania się przez logikę i filozofię, nie mówiąc już o życiu duchowym.

Na moje szczęście na I roku dopadło mnie zjawisko - dar Odnowy w Duchu Świętym. Przeżyłem wtedy moje REO (Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy) i widzę, ze ta moc, poznanego (już nie z wykładów) Ducha Świętego prowadziła mnie przez Seminarium. Największe zmaganie przeżyłem na VI roku, gdy uświadomiłem sobie, że ludzie nie zawsze chcą słuchać głosu Boga (więc będę odrzucany) i najważniejsze wtedy, że całe życie będę mówił tylko o Bogu. Tym się przeraziłem, czy podołam, czy nie wpadnę w rutynę czy zachowam wiarę żywą bez obojętności....To trwało ze 3-5 miesięcy. Ostatecznie podjąłem decyzję i stało się. I tak już służę Chrystusowi 30 lat, a On idzie ze mną i prowadzi mnie łaską swego Ducha. Dlatego moje zdjęcie widnieje na tej stronie. Jak dobrze jest spotkać na swojej drodze świadków miłości i prawdziwą ludzka i Bożą miłość i szczerych przyjaciół. Dziękuję Bogu za Wszystkich ludzi świeckich, którzy uczyli mnie jak wierzyć, wiarę wyznawać i głosić.